– Proszę bardzo – zgodziła się Rainie.

- Co? - Potarła twarz dłonią. - Powoli, Vincent. Nie wiem, o co chodzi... - Nagle dotarło do niej znaczenie chaotycznych słów i zesztywniała.
- Dajmy temu na razie spokój - zdecydował Bryce, zauważywszy, iż rozmowa o przeszłości staje się trudna dla Klary.
- Na Boga, jesteś ambitna. Od jak dawna to planowałaś? - zapytał niemal z podziwem.
- To ty w coś grasz, nie ja. Dlaczego? Dlaczego udajesz?
słowa pocieszenia.
Gloria pokręciła głową, szczękając zębami.
- Tak. - Robert popatrzył na niego czujnie. - I co? Masz coś złośliwego do
rozradowanej miny przyjaciela. - Nie cieszysz się, że jednak nie przebiłem cię rapierem?
- Lubiłam spoglądać na rzekę i rozmyślać. – Zaśmiała się cicho. - Zabawne, jak pewne rzeczy się zmieniają, a inne pozostają zawsze takie same.
Proszę mi nie przerywać.
- Nie umieraj... tatusiu, proszę... nie umieraj... - szlochała coraz bardziej. - Tak bardzo cię kocham... Nie zostawiaj mnie... Nie możesz umrzeć...
Tym razem posłuchał. Przesunął się w bok, robiąc jej miejsce, lecz ona najpierw długo
- Jednak na kogoś zwróciłaś uwagę w tym całym londyńskim chaosie. A lord Belton
zaniepokojona.

Kula, którą wyjęłam z bierwiona, nie jest kalibru 45, jak w smisie-wessonie

Odwrócił się z lekkim uśmieszkiem.
- Nie mamy? - powtórzyła, jakby nie rozumiała znaczenia usłyszanych słów, czy też nie dawała im wiary. - Możemy przecież coś sprzedać. Obligacje, papiery wartościowe, czy jak się to tam nazywa. Na którymś z naszych kont na pewno...
Właśnie okrążał drzewko brzoskwiniowe, kierując się

wróci i nie będzie mógł dokończyć rozmowy.

łukami gazowych świateł, kupcy przeróżnych
– Może pani być spokojna. Nie pozwolę, by ława przysięgłych choć przez chwilę
A jeśli tak, nie ma co dłużej trzymać

chwilą opuściła. - Będziemy kontynuować?

zagrażające żyznym polom. Jeden ładny dzień na sto, zauważyłby ironicznie ojciec Sandry.
czerwoną chustą – stąd owo dziwaczne oświetlenie.
Nazajutrz lista tragedii powiększyła się o dramat w jeszcze jednej szkole. Skala wydarzeń